Nowa wataha, cudownie. Może w końcu znajdę kogoś, kto przypadnie mi do gustu. Byłem już w trzech, w pierwszej - same snoby, w drugiej - wytrzymać się nie dało przez nadmiar basiorów, w trzeciej - wilki takie jak ja. No i jak tu żyć w dwunastoma osobnikami, które za każdą docinkę starają się odgryźć z jeszcze większym jadem w głosie?
W każdym bądź razie. Wybrałem się na spacer, pogoda sprzyjała, choć było nieco chłodno, a ja musiałem się przejść, bo stwierdziłem, że jeszcze chwila w norze i zwariuję. Szedłem wzdłuż jakiejś rzeki, kopiąc każdy kamyk, jaki znalazł się pod moimi nogami. Nagle, gdzieś między krzakami, usłyszałem szelest. Przypatrzyłem się dokładnie i zobaczyłem czyjś ogon. Odgarnąłem liście, a moim oczom ukazała się wareda, która, chyba, próbowała zapolować na królika.
- Pomóc ci? - zapytałem niepewnie, a ona aż podskoczyła przestraszona.
- Niby w czym? - zdziwiła się, odwracając się przodem do mnie.
- Jakto w czym? W polowaniu.
- Ja nie poluję! - oburzyła się, a ja spojrzałem na nią ze zdziwieniem.
- Więc co robisz? Bijesz się z królikiem?
- Co? Nie! Obserwuję go! - niemal krzyknęła. Teraz byłem kompletnie zdezorientowany.
- Dobra, nieważne. Tak czy siak, jestem Martin - przedstawiłem się i podałem jej łapę. Uderzyła mnie ogonem w bok. - A to za co?!
- Podaje się prawą, nie lewą. Jestem Rubi - odparła z powagą, ale po chwili uśmiechnęła się żartobliwie.
<Rubi? :>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz